
i tak to się zaczęło :]
Pobudka o 5 rano w piątek. Na lotnisku byłem o 6:30, planowana godzina wylotu do Frankfurtu: 8:15. Check-in, pozbywam się walizki i idę do kontroli granicznej, tutaj przemiły pan celnik (po chemioterapii- brak fryzury) pozbawił mnie pasty do zębów w bagażu podróznym. Tubka ma 125ml co drastycznie łamie obecne przepisy bezpieczeństwa pozwalające przewozić maksimum 100ml podejrzanych plynów w bagażu ze-sobą-branym-do-kabiny. whatever, nic nie złamie mojego śpiącego porannego pozytywnego nastroju. Lecę LOTem, więc przewidywalnie zakładam, iż śniadanie podawane na pokładzie pochodzi z tych samych zakładów co Pedigree-Pal. Jestem pozytywnie zaskoczony- miałem rację
Lądowanie we Frankfurcie było perfekcyjne, szacun dla polskich pilotów latajacych pomimo obsługi pokładowej rodem z lat osiemdziesiątych. Teraz czekają mnie 4 godziny czekania na lotnisku w oczekiwaniu na lot Lufthansą już bezpośrednio do San Francisco. W międzyczasie popalam sobie, zjadam tortille w macu (jedyne 26PLN w połączeniu z sokiem pomarańczowym) i robię zakupasy w postaci grubej prasy z powykrzywianymi modelkami na dobrym papierze. Boarding zaczyna się o czasie, co jest bardzo pozytywne zważywszy na to, iż bedzie nas około pięciuset osób zapakowanych do dużej rury ze skrzydlami, gdzie doczepiono silniki. Przede mną 11 i pól godziny lotu, moje nogi, dupa i pozostałe części ciała radują się na tą podróż. Sytuację ostatecznie ratują dwugodzinne drzemki w pozycjach nie-do-wyobrażenia-zwykłym-ludziom-przywykłym-żyć-na-ziemi oraz wyśmienity zestaw filmów: Spiderman 3 (nie widziałem wcześniej, zobaczyłem teraz i był OK), Fracture (widziałem w kinie- można wykorzystać spokojnie do dalszej drzemki), Surf’s Up (drzemki ciąg dalszy) i na koniec Fantastic Four: Rise of the Silver Surfer (oczekiwałem wiele ale okazał się taki sobie, jednak nie moglem sobie odpuścić Jessiki
). W międzyczasie podano mi wypaśny obiad i duuuuużo wody i soku pomarańczowego. Lądowanie było spokojne, pan Immigration Officer przetrzepał mnie troche (pewnie dlatego, że ostatnim razem nie oddałem na lotnisku kawałka I-95), wyłapałem swój bagaż po czym uderzyłem do wypożyczalni po wynajęte dla mnie auto. Ford coś tam (szkoda się uczyć marki) był granatowy, jeździł i szorował mi sufitem o głowe (cholera, przecież nie jestem aż tak wysoki). Powrót na amerykańskie drogi w roli kierowcy jest cudownym doświadczeniem i mimo zmęczenia miałem banana na ryju
Hotel na szczęście był blisko, sympatyczna hinduska mówiąca z niezrozumiałym akcentem przyjęła mnie radośnie oferując od razu pakiet wycieczek po mieście za które grzecznie podziękowałem (chce mi się spać, gdzie jest sklep i gdzie można palić). Szczęśliwy usnąłem, słysząc za oknem charakterystyczny dzwięk mnóstwocylindrowych pikapów pędzących do pobliskiego mall’a
To tyle…
kurde : )
jeszcze zakupilbys V Magazine i ID :>
i Camele w miekkiej paczce
siema dan
baw sie dobrze
wrzucaj foty na bloga odzywaj sie na gg jezeli bedziesz miał okazje
elosz
stary, gdzie są foty mustanga za które prawie zginąłes?
A mi kup prosze, jak wyjedziesz za miasto… wloskiego Vogue’a za 27$ i bialego Charger’a;)
mustang story to next part. bialego chargera widzialem przedwczoraj ale nie mialem okazji sie zapytac za ile laska chcialby go sprzedac :] camele i magazyny sa liscie zakupow to-do
wpadaj do nyc men,
anyuej ja lubie te momenty przejsc miedzy strefami czasowymi potocznie nazywane lotami miedzynarodowymi,
Pozazdrościć takiej wycieczki
Miłego pobytu
Pozdrawiam…
Konrad, polecialbym do NY na skrzydlach, tak bardzo chcialbym zobaczyc i poczuc to miasto
yaaay
ej stary !!!!! mowilam zapakuj mnie do walizki!!!! ach…poczekam do stycznia…(tak tak tez sie tam wybieram:)
enjoy!!!!
my gooood, przepiekna grenlandia. a san francisco to najbardziej pokrzywione miasto jakie moze byc, za co ma u mnie mega plusa