Rano pogoda była paskudna- mnóstwo chmur, które nocą przybyły znad oceanu. Jednak gdy skończyliśmy śniadanie i rozpoczęliśmy podróż do centrum pogoda zaczęła się poprawiać.





Wcześniej myślałem, że kiepska pogoda postawi pod znakiem zapytania wycieczkę na Twin Peaks- wzgórza z których widać panoramę miasta schowane były w chmurach. Jednak paskudna pogoda przegrała ze słonkiem, ruszyliśmy w kierunku wzgórz, zatrzymując się po drodze w najbardziej malowniczej części starego San Francisco.



Po chwili wędrówki po krętych drogach pośród malowniczych domków dotarliśmy do punktu widokowego na niższym szczycie. Widok był fantastyczny, szkoda tylko że paskudnie wiało i było zimno : )


Nadzeszła pora pożegnać to piękne miasto i udać się do stolicy stanu: Sacramento. Podróż trwała nieco ponad dwie godziny pośród niezliczonej ilości aut pędzących razem z nami po pięciopasmowej autostradzie. Kolejny hotel, straszne zmęczenie, walizki w kąt i lulu. Zmiana stref czasowych już trochę mniej ale jednak daje się we znaki. Koniec “wakacji”, jutro idę do pracy : )





jak to jutro dopiero?
licencia poetica mon
Przywieź mi proszę ichniejszy bacon i jakbys znalazł takie słodkie czerwone gumiaste warkocze…
aaaa spoko, dobrze ze przypomnialas :]
wszystkie hotele takie same wszedzie
nooo, jest jeszcze pare, ktora probuja trzymac klimat i nie maja tyle plastiku
o ja…kurcze
o ja
..
to tyle jako komentarz…
o ja